Zakładki:
Alt.
Dużo ognia
Kfiiik
Kiedy jakby trochę zbyt smutno..
Love at first sting
Miejsca
Miszczunie
Podsłuchane
Prasa
Robaki
Różne takie
Strachy
Szablony
Vege :)
Że pisać
Że słuchać
Że słuchać
|
czwartek, 19 stycznia 2012
zmęczona, łomoatkobosko
Co za dzień, kolejny dzień zajechania, umęczenia, świrowania między Gdy a Gda, zastanawiania, spekulowania i wielka kolacja: krem z brokułów, sajgonki i kieliszek czerwonego wytrawnego, a na jednej lampce pewnie się nie skończy, a jutro się okaże co należy: czy każą mi pożegnać się z moją starą pracą? Czemu nie pozwolą mi mieć dwóch, czemu nikt nie pozostawi mi wyboru - może ja lubię być zajechana, może uwielbiam płacić więcej podatków, może lubię widzieć, jak stan mojego konta zależy całkowicie ode mnie, od mojego zapału i poświęcenia... nieważne, bo pomyślę o tym jutro, a dzisiaj jest miło, ciepło mi w brzuchu, mętnie mi w głowie, nogi rozpływają się wpuszczone w podłogę. ktośtam mi zagra, cośtam się wyświetli, a po północy rozmowa z półkulą południową, z czarną afryką, do której mój cudowny narzeczony zabiera klucz od śmietnika przy naszym bloku a na dodatek się nie przyznaje, a później ja pełznę z wieczora do sąsiadki "pani pożyczy klucz do śmietnika, muszę dorobić, bo narzeczony zabrał na statek", a sąsiadka rozbawiona po pachy, bierze pęk swoich kluczy, wyjmuje ten od śmieci i mi daje. i mam. a teraz jeszcze pranie. włączę pranie białych rzeczy, jutro - czerwony płaszcz i jeszcze odebrać z pralni sukienkę, business casual, jak mniemam, wieczorem meczyk Monopoly u Damiana i Beaty. Może zawieszenie działalności. Może ciężka rozmowa z Dobrą Przełożoną. Może kupowanie euro na młodzieńcze wybryki w stolicy europejskiej narkotyzacji, a może w końcu generalny porządek. Bo jak nie to w sobotę. Po porannej nauce pływania. Jezusicku, a kiedy będę walała się z boku na bok, w błogim lenistwie, w ekstatycznej przytulnej pościeli, słuchając odgłosów późnego, coraz późniejszego poranka... eee. są lepsze rzeczy do roboty.
poniedziałek, 16 stycznia 2012
500 tysięcy lat później
wracam z lotniska, na które znów odwiozłam upartego marynarza, sprawdzam firmową skrzynkę, wykorzystuję tolerancję dla swojego własnego wścibstwa i staram się sprawdzić na Słynnym Portalu Społecznościowym ludzi, z którymi w przyszły poniedziałek polecę do Europejskie Stolicy szkolić się do pracy dla Mojego Nowego Pracodawcy i jakieś dziwne rozrzewnienie mnie ogarnia, sprawdzam blogi Starych Znajomych, te blogi nie żyją, strony, które regularnie niegdyś przeglądałam - nie żyją, instrukcje montowania schronów przeciwatomowych - nie żyją, stara klasa - nie żyje, śpiewnik gitarowy - nie żyje, fotoreportaż z Czernobyla - nie żyje, i w ogóle zdaje się że już tylko ja żyję, tylko ja wytaczam się na tę przeklętą pogodę i cisnę w tą mroźną ciemność, czegoś szukać, coś znajdować, już tego nie chcieć, szukać od nowa i tak do końca, bez przystanku, licencjaty, magisterki, doktoraty (?), sprzedawanie tego, sprzedawanie czegoś innego, długie buty, ciasne marynarki, miliardy godzin przegadanych do słuchawki, do głupich ludzi albo miłych ludzi, starożytny język puchnący w gardle, zardzewiały język współczesny, co ja zrobię pośród tych nadedukowanych człowieków z różnych stron świata, ja blondynka z akademii marynarki wojennej, ze swojej brunatnej kanapy z litrowym kubkiem kawy, ja która nienawidzę skrobać szyb w samochodzie i nie umiem pływać kraulem, a filozofowanie idzie mi średnio po polsku, co dopiero po ichniemu, jak ja zmotywuję siebie nie wspominając o Nich, nie wspominając o pisaniu koncepcji rozprawy, kroku na drodze do dwóch spółgłosek przed dwuczłonowym już niedługo nazwiskiem no kurwa no
spokojnie. zrobię wszystko po kolei. najpierw: Red Army Blues. później zmyję naczynia przy pomocy Znanego Płynu do Zmywania, oskrobię szyby, popływam z deską na nogi do kraula, wrócę, usnę, wstanę. Gdyby tylko można się było trochę dłużej cieszyć z tych wszystkich dobrych rzeczy po kolei.
czwartek, 11 listopada 2010
szczurzyca po drugiej stronie
szczurzyca mi umarła. nienawidzę trupów. nie wytrzymała napięcia. nie ogarnęła jak ja... ja też chciałabym umrzeć. zmartwychwstać dopiero jak on wróci. za dwa tygodnie. czternaście dni. trzysta trzydzieści sześć godzin. dwadzieścia tysięcy sto sześćdziesiat minut... szkoda, że nie ma takich krótkich śmierci...
środa, 06 października 2010
boli mnie głowa
i nie wiem już sama, czy to od choroby, czy z tęsknoty, czy od spania przy zamkniętym oknie, czy przez zatoki. w każdym razie boli mnie. mój szczeniak waży 12 kilogramów i robi głupie rzeczy, które doprowadzają mnie do szewskiej pasji. dzisiaj na przykład przyszedł mnie obudzić polizaniem po buzi. ucieszyłam się. w tym samym momencie zapachniało kupą. znalazłam kupę w salonie. w pięćdziesięciu miejscach. i na psich łapach. i na psim tyłku. zrozpaczona wepchnęłam go pod prysznic, powycinałam gringle z okolic psiego tyłka, posprzątałam wszystkie kawałki kupy w salonie, wzięłam prysznic, zrobiłam jajecznicę. siadam na kanapie. czuc kupą. kanapa jest w kupie. odstawiam jajecznicę. zdejmuję poszycie. biegnę do łazienki. na pralce lezą moje ubrania. zgarniam je, żeby móc włożyć poszycie do pralki. butelka perfum rozbija sie. włączam pranie. biorę odkurzacz. znikają drobinki grubego szkła. głowa mogłaby mnie boleć od tego. może moja głowa przeczuła, że będę miała taki poranek i zaczęła boleć przed czasem? w II Rzeczypospolitej na kresach wschodnich jedna stacja kolejowa przypadała na 800km2 (!!) terenu. kocham Nowaka.
poniedziałek, 27 września 2010
dziesięcioipółkilogramowa czarna perła
śpi w kącie, w przedpokoju. giganiemowlak. poznający świat ostrymi jak igła zębami, wysiusiujący hektolitry na czarno-białe gazety, bomba energetyczna, żywe srebro, czarne złoto. uwielbiam mojego sznaucera, bo jest naprawdę mój. naprawdę nasz. mój i marynarza. jest bystry i radosny, przy tym bywa opryskliwy i uparty. jest oczarowany otaczającą go rzeczywistością, zaciekawiony wszystkim, co nowe, co nieznane. a kiedy jest się dwóipółmiesiecznym szczeniakiem, dosłownie wszystko wokół tylko czeka na odkrycie. i kiedy jest mi smutno, bo miłość mojego zycia jest tysiące kilometrów ode mnie, kiedy tęsknię i popadam w schyłkowość, kiedy przestaję rozumieć, że rozłąka jest ograniczona w czasie, skończona - kiedy zaciskają się wokół pętle burych chmur - wystarczy popatrzeć na Wieśka. Wiesiek to kroplelka absolutnej nadziei. Koncentrat radości. błyskawicznie działający antydepresant bez skutków ubocznych - czarnoucha iskra, defibrylator przywracajacy mnie do żywych :-)
poniedziałek, 06 września 2010
hydroterapia
Spacery nad morzem są czymś umykajacym rozsądkowi. A w zasadzie nie same spcery, ale sposób w jaki oddziaływują na duszę człowieka. Koją. Łagodzą ból świata. Podnoszą na duchu :-) Wystawiłam sobie dziś przed południem receptę na spacer falochronem. Zrealizowałam ją kilka godzin później, po rozmowie z pewnym czarnym bandytą przebywajacym aktualnie w rejonach wybrzeża Luizjany, którego brakuje mi aktualnie bardziej niż możliwym jest wyrazić przy pomocą dostepnego nam języka. Przypomniał mi się cały optymiz, cała ta ogromna, niewysławialna energia, która była i będzie we mnie, która ma źródło w mojej głowie, w moim umiłowaniu świata i życia, w mojej zdolności samoocalenia się z szarej skończoności. Nie wiem, co będzie później. Później, to znaczy za pół roku, za dwa czy dziesięć lat - czy marynarz wciąż będzie marynarzem, jak duży będzie nasz pies ani tym podobnych. Nie chcę się nad tym zastanawiać, chcę przede wszystkim żyć teraz. A teraz zjem sałkę selerowo-kurczakową, pobawię się z psem, spakuję torbę i ruszę na fitness. Wysiłek fizyczny pozwala mi zachować jako taką równowagę psychiczną. Jest wentylem bezpieczeństwa. Tym błogosławionym momentem w ciągu dnia, kiedy ani odrobinę nie tęsknię, nie zadręczam się głupimi myślami, mam wszystko gdzieś :-) wszystko, oprócz swojego ciała, naturalnie. Cudowny traf sprawił, że będę miała jutro pracowity dzień, wypełniony po brzegi, od rana do wieczora. Ćwiczenia, wyprawa do biblioteki, rozmowa na przeklętym gadzie z ukochanym gadem, kurs na prawo jazdy. Przedostatnie zajęcia teoretyczne. Ostatnie będą w środę, a później przystępuję do rzeczy :-) nie mogę się doczekać jazd. uwielbiam jeździć samochodem! Naprawdę, niewiarygodne, jak dobrze się teraz czuję. Spokojna, rozluźniona, przekonana, że wszystko będzie dobrze. To taki kontrast, w porównaniu z tym jak czułam się rano albo w nocy, taki kontrast z moimi przypuszczeniami :-) Czuję, jak cytrynowożółta moc wraca do mnie wszystkimi porami ciała, wszystkimi kanalikami duszy. Moje modlitwy do mroza zostały wysłuchane - jeśli warto wierzyć w jakąś siłę nadprzyrodzoną, tą siłą byłoby morze. Morze jest ogromne i stare. Było tu przed nami i niejedno widziało. Zapewne będzie tu po nas i niejedno zobaczy. Jest jak stary mędrzec, który nawet milcząc - prowadzi na właściwą ścieżkę tych, którzy mają wolę, by go słuchać :-) Więc dobrze, dosyć już baśni i religii, skupmy się na żółtym pokoju, czerwonej kanapie, czarnym psie i beżowej joannie. Niech żyje życie, tutaj i teraz!
niedziela, 05 września 2010
czwartek
Zapach szczenięcia uspokaja mnie. Wtulam się w miękką, czarną sierść i głęboko oddycham. Łapczywie łapię woń. Ciało migdałowate w moim mózgu uruchomiło kolejny tajemniczy proces. Łzy przestają zbierać się w mieszkach spojówkowych. Wierzchem dłoni ocieram te, które zdążyły już rzucić się w dół twarzy. Powoli zaczynam wierzyć w to, że trzy miesiące miną jak z płatka, że czas bez ciebie nie musi być koniecznie zmarnowany i przepłakany. Zaczynam wierzyć w siebie i sznaucera. Jesteśmy małą, dwu osobową, człowieczo-psią rodziną oficera wachtowego, chmura nad Obłużem rozszczelnia się. Pokój na chwilę jaśnieje od kilku upartych promieni słońca. Wiem, że jesteś teraz w samolocie, w klasie biznesowej. Zmęczony dłużącą się podróżą i nieprzespaną nocą. Nie powinieneś był obserwować mnie, kiedy spałam. Miałeś szansę na kilka godzin sprawiedliwego odpoczynku. Być może właśnie drzemiesz. Mam nadzieję, że masz kolorowe sny. I że nie zrywasz się panicznie w ich trakcie. Mam nadzieję, że czujesz się mimo wszystko dobrze – nie bolą cię oczy i nie drętwieją nogi. Mam nadzieję, że pilot Boeinga 777 ma dzisiaj dobry dzień. Że przestrzeń powietrzna nad Atlantykiem przyjmuje samolot gościnnie i łagodnie, że patrząc prosto w słońce, czujesz tą niewyrażalną, jakby instynktowną satysfakcję z wypełniania planu. Wiesz, że czekamy. Pokornie, coraz spokojniej. Sznaucer przeciąga się na terakocie. Pink Floydzi przeżywają swoje najlepsze lata w głośnikach mojego laptopa. Na kuchence gotuje się szczenięcy obiad. Jaki tu spokój.
sobota, 20 marca 2010
eurodolar i do przodu
kiedy ma się wszystko duże: mózg duży, cycki duże, dupę dużą, ma się dużo trudniejsze zadanie do wyknonania. życie jest mniej gładkie i zdecydowanie mniej dosłowne.
co się z nami stanie, kiedy dostąpimy absolutnej amerykanizacji? jakie będą przyszłe pokolenia? ogłupiałe i infantylne? podzielone na dwie grupy wodzonych za nos obywateli? jednych żrących złote łuki 14 razy w tygodniu i mieszkających w galeriach handlowych i drugich łykających kilogramy witamin i zapinających się w pasy vibroaction podczas buszowania po superekskluzywnych salonach meblowych? czy będziemy umieli czytać? czy czeka nas podział świata na idiokratyczne 80% i 1/5 względnie ogarniętej mniejszości?
po cichu wierzę w człowieka. tylko to mi zostało. wierzę w jego nasycenie. w mechanizmy dążące do pełni. wierzę w zachłyśniętych dobrobytem ludzi, którzy poczują godniejszy głód. nasycą żołądki, szafy i portfele, obejrzą się dookoła i zaczną zadawać pytania. ponieważ po cichu wierzę w ocalenie. na przekór WSZYSTKIEMU.
chciałabym jeszcze dodać, że w całym tym jazgocie takzwanego postępu cywilizacyjnego nie miałabym nic przeciwko powstaniu magicznego, bezinwazyjnego środka na zmniejszenie rozmiarów cycków i dupy. ze zmniejszeniem mózgu uporam się sama ]:->
środa, 17 marca 2010
gra
na obecnym etapie mojego pseudointelektualnego rozwoju nie wierzę w nic co czytam. nie wierzę w nic, co słyszę. nie wierzę w nic co widzę ani nawet w to, jak reaguję na niezmierzone bodźce świata zewnętrznego. graweruję moje zbiory w mięsnych archiwach mózgu. kolekcjonuję informacje. syntezuję zasady. nie daję nikomu poznać, ze wiem. zakładam coraz kunsztowniejszą maskę erudycji, uśmiecham się, patrzę spod rzęs. być może gra, którą podejmuję, nie skończy się aż do chwili mojego zgonu.
wtorek, 09 marca 2010
joanna odkrywa własną misję
przymierzałam się do napisania błyskotliwej notki o głupocie i bezzasadności uzależnienia kupna tabletki antykoncepcyjnej-po od posiadania na nią recepty (która skądinąd może być wypisana nawet przez stomatologa), ale ostatecznie do tego nie dojdzie.
już wielu ludzi wystrzępiło sobie na tym język, a ja mam przemyślenia raczej standardowe. od kłapania dziobem nic się w tym kraju nie zmieni.
decyzje, które podejmujemy dotykają nie tylko nas osobiście, zwłaszcza jeżeli jesteśmy ważni i mocarni. wydaje mi się, że dzisiaj za mało ważnych i mocarnych ma w głowach choć odrobinę rozsądku. z dnia na dzień coraz bardziej przychylam się ku tezie, że jeśli JA, właśnie - konkretnie JA - nie wezmę spraw tego kraju w swoje ręce, to ni chu chu moi mili, nic dobrego się z niego nie wykluje.
|