Zakładki:
Alt.
Dużo ognia
Kfiiik
Kiedy jakby trochę zbyt smutno..
Love at first sting
Miejsca
Miszczunie
Podsłuchane
Prasa
Robaki
Różne takie
Strachy
Szablony
Vege :)
Że pisać
Że słuchać
Że słuchać
|
czwartek, 05 listopada 2009
kontroptymizm
gdynia. zimę czuć w powietrzu, chociaż kalendarz upiera się przy swojej nieubłaganej, biurokratycznej logice. tylko krowa nie zmienia poglądów, panie kalendarzu! jest zima i im szybciej się pan z tym pogodzi, tym lepiej. dla pana i mnie. zima jest dobra. twarze różowieją i oczy błyszczą mocniej. żyje się tą ciepłą nadzieją na wiosnę, ma się milion rzeczy do roboty i wierzy się w siebie, i chce się działać, i chce się spać i rośnie duma, kiedy się złudną chęć przezwyciężyć uda. chociaż nie uciekając się do hipokryzji: społeczeństwa wolne, żyjące w dobrobycie, prowadzą politykę pokojową. nie chce mu się walczyć. przelewać krwi, podbijać, łupić. jest dobrze i pięknie, wygodnie, po prostu. cywilizacja europejska umiera. bo kobiety nie chcą rodzić, a mężczyźni walczyć. starość wkrada się falami, po cichu, ale nieubłaganie. skostnienie rozlewa się po prężnym, płodnym organizmie. podobnie rzeczy mają się na moim froncie. mam ciepełko. miłość. studia. pracę... mam życiową stagnację i po raz pierwszy tę przerażającą obawę przed nihil novi. przed wiecznym powtarzaniem tych samych rytuałów, chociaż są dobre i przyjemne. przed niemą zgodą na wszystko, czego doświadczam. przed ostatecznym ustatecznieniem. przed wyczerpaniem się inwencji i uschnięciem na podobieństwo ludzi.
mam jesienną melancholię i łatwo wyprowadzić mnie z równowagi. zrobiłam się drażliwa, zarozumiała i niemiła. na dodatek nie potrafię zaproponować nic w zamian na miejsce struktur, które usilnie staram się zniszczyć. stałam się raczej niefajnym człowiekiem.
być może są konwencje, w których nie mogę się odnaleźć i być może przejściowo poddaję w wątpliwość sens mozolnego próbowania. z dorosłością mi nie do twarzy.
udowadniając samej sobie, że nie jestem zabobonną niewiastą ze wschodu wstaję i mówię: być może powinnam czegoś szukać. bo kiedy mam wszystko, czego chciałam, a w zasadzie kiedy nie mam BRAKU, zamieram i dziadzieję, oniemiała, średnia, bezjajeczna.
sobota, 30 maja 2009
o zwierzętach
szczurzyca przeskoczyła zgrabnie z kroniki thietmara na historię powszechną średniowiecza tadeusza menteuffela. później zainteresowała się tekturowym pudełkiem z biżuterią stojącym pod biurkiem. przegrzebawszy się starannie przez jego zawartość, postanowiła przekonać się organoleptycznie, czym w istocie są drewniane koraliki na gumce. przegryzła kilka z nich i wróciła do klatki załatwić szczurze potrzeby i napić się wody. joanna tymczasem zastanawiała się, co zrobić i jak to zrobić. najłatwiej było zastosować zasadę prostych linii. żeby mieć pracę zaliczeniową najprostszym sposobem zdawało się po prostu napisanie jej. do napisania pracy potrzebna była znajomość źródeł, opracowań, zamysł, treść i forma. Jak na razie brakowało jej wszystkiego. zamknęła klatkę za szczurzycą i wróciła do fragmentów kroniki opisujących dzielnego bolesława, księcia i króla państwa polan. - zaraz się porzygam - pomyślała. - zawsze to samo. zawsze na ostatnią chwilę. jak zając ścigający się z żółwiem...
środa, 27 maja 2009
kupa g*wna
Dziś dies Mercurii, ante diem sextum Kalendas, a ja od trzech dni połowicznie wyżej wykształcona przy wyniku dobrym plus nie mogę porozumieć się z moją lepszą połową, bo pewien idiota, śmierdzący i złośliwy, stara się mojego Przenajlepszego zaharować na śmierć. po dwóch dobach przepracowanych jak w Auschwitz, mój drogi marynarz statek opuścił i na piwo i mecz do Los Angeles się udał. Mam nadzieję, że odpocznie i zrelaksuje się zanim ten fanatyczny kutafon wymyśli nowy sposób na utrudnienie mu życia. ja dla odmiany obserwowałam ludzi. moja nowa praca zasadniczo opiera się na obserwacji. wynikiem tej obserwacji ma być oddzielenie ziarna od plew, tj. uczciwych konsumenckich żuczków od nieuczciwego złodziejskiego nasienia. niestety nie nadstawiam kołnierza i nie mówię do rękawa. ale mam nadzieję bawić się dobrze. jak nie pracuję, to tęsknię, jak tęsknię, to płaczę, nachodzą mnie wątpliwości i w ogóle nastroje histeryczne. niech już w końcu wróci, bo dostanę świra. chociaż na profilaktykę może jest już za późno.
piątek, 22 maja 2009
przeszła wojna wstaje trawa
za trzy dni obronaaaa, będę wykształconaaaa :-)
i nic się nie zmieni. nie może się zmienić. mimo tego, że siostra Ratched zwalnia bieg czasu tym bardziej, im dłuższa część rozłąki za nami :-) dziś w rozmowie na znienawidzonym (błogosławionym) gadu gadu, mój Przenajlepszy zauważył, że odległość czyni z miłością to, co wiatr robi z ogniem. nie mówię, że nie :-) są takie rzeczy, które trzeba przeżyć na własnej skórze, żeby uwierzyć. i to co mam dzięki Przenajlepszemu jest właśnie jedną z nich. uwielbiam rewolucje.
wczoraj była burza i to burza porządna, a my na plaży w tej burzy, częściowo obronieni, częściowo stęsknieni, pakietowo upici i grupowo szczęśliwi. było super, bo plaża jest super, bo morze jest super, i burza jest super i ludzie też.
moja szczurzyca o imieniu Bigos właśnie zwiedza okolice gitary. mogłabym ją obserwować godzinami, gdyby nie to, że mam jeszcze kilka rzeczy do zrobienia. nauka nauka nauka. nauka to potęgi klucz. akurat. w moim przypadku skończy się to zapewne potęgą własnej satysfakcji. bo na co komu dziś (...)? i to wspaniale :-) wspaniale.
ostatnimi czasy podciągnęłam się trochę z geografii. za sprawą mojego mężczyzny marynarza, strefy czasowe na trasie z zachodzniego wybrzeża usów do zatoki perskiej nie mają już dla mnie tajemnic, podobnie jak lokalizacja kilku większych portów i cieśnin, położenie Somalii (przeklęte bandziory!) i takichtam okolicznych. Gdybym wierzyła w Boga, modliłabym się w intencji Chile. Ale w związku z faktycznymi okolicznosciami, po prostu codziennie wyobrażam sobie jakiś późnoczerwcowy dzień, kiedy M. wysiądzie w Valparaiso i bezpiecznie przyleci do Gdańska :-)
w takim razie wróćmy do paleografii. przed naukami pomocniczymi historii nie ucieknę... :-)
niedziela, 29 marca 2009
pracować ciężko w ciągu dnia, ale tak, by mieć siły bawić się w nocy
i odwrotnie. bawić się w nocy tak, by mieć siły pracować za dnia.
umiem. nauczyłam się na studiach. nauczyłam się żyć tak, jak trzeba. podstaw słusznego życia. ornamenty przyjdą z czasem. z każdym kolejnym dniem, kiedy fizycznie nie ma go obok, a wciąż jest tak blisko, że mogę pławić się w jego cieple - uczę się, jak powinno wyglądać wszystko. wszystko absolutnie. odkąd on się znalazł świat wszedł na właściwe tory. w każdym aspekcie, na każdej płaszczyźnie - stał się słuszny. prawdziwy. głęboki i dobry. tak jak i sam on. mój. miłość mojego życia.
miłość mojego życia będzie oficerem. będzie żył dzieląc czas na pół: dla mnie i nie dla mnie. i ja będę żyła. dzieląc czas na to, kiedy jest i na to, kiedy jest gdzie indziej. kocham go. każdą komórką ciała i każdym kwantem duszy. moja miłość zakrawa na szaleństwo. ale nie jest szalona. jest co najwyżej niespełna rozumu.
kocham go. jego ciało, które śni się nocami. kocham go, kiedy budzę się w środku nocy i słyszę jak mówi przez sen. i kocham go, kiedy budzę się w środku nocy, a on akurat pracuje w siłowni okrętowej po drugiej stronie świata. kocham go, kiedy otwiera się butelka wina. i kocham, kiedy budzę się w marcu by zobaczyć za oknem śnieg i usłyszeć cichy dzwonek telefonu. od niego.
codziennie, kiedy dzwoni, podnoszę się na łokciach. podnoszę się ze snu i słucham. nieprzerwanie kochając go tak bardzo - śmieję się. bo jest najzabawniejszym człowiekiem, którego poznałam. zabawniejszym, od największych geniuszów świata, których dane mi było poznać. każdego dnia, kiedy kładę się spać, przypominam sobie smak jego ciała - najpiękniejszy smak, jaki kiedykolwiek mogłam sobie wyobrazić. nie budzi się przy mnie, bo ziemia ma zbyt wiele kilometrów i zbyt wiele stref czasowych. nie budzę się przy nim, bo wyobrażam sobie istnienie zbyt wielu ograniczeń praw fizyki. bez niego jestem kaleką. człowiekiem połowicznym. nie do końca prawdziwym. zamotanym. człowiekiem otwartą raną.
kocham go. inaczej, niż kiedykolwiek wyobrażałam sobie, że można kogoś kochać. i to zaskoczenie jest nagrodą, na którą nie zasłużyłam. ale mam ją. i już na zawsze pozostanę zwycięzcą.
...więc odkąd zjawił się we mnie, wszystko wskoczyło na miejsce. teraz kończę pewien etap siebie. zamykam część mojego bytu w beznadziejnie płytkiej pracy licencjackiej, licząc na nigdy nieopuszczającego mnie farta. bawię się. bawię się dobrze. ale czekam okrutnie. najbardziej. czekam histerycznie.
na czerwiec. najlepszy miesiąc ze wszystkich miesięcy. w czerwcu zaczął się kosmos. i ja się w nim zaczęłam. i w czerwcu właśnie zmartwychwstanę. kiedy zobaczę jego piękną postać na lotnisku. ... gdy zjawi się pod powieką inna łza radości łza...
wtorek, 27 stycznia 2009
zwierzęta odsłaniają brzuch kiedy czują się bezpieczne. zasypiam na plecach w zaufanym towarzystwie.
nie pamiętam o czym chciałam pisać, kiedy chciałam pisać. czas po prostu się dział, płynął i mijał, kiedy zabawiałam się dręczeniem neuroprzekaźników. nie miałam na to żadnego wpływu. jego amorficzna postać opętała wszystko, wszystko absolutnie, z komórkami obfitymi mego ciała włącznie. później jestem tutaj. przypominam sobie: światło odbijało się od gmachu akademii jakoś inaczej, niebywale. w tym całkowicie szarym budynku toczyło się życie najbardziej kolorowe z możebnie kolorowych. jestem i chciałam pisać tak bardzo serotonicznie. euforycznie i entuzjastycznie. nieeufemistycznie... oh, zapętliłaś się, Edith. serotonicznie o postaci marynarza która przesłoniła mi cały horyzont, a która mimo wszystko wielbię, kocham a to niepodobne. do mnie niepodobne. że wielbi. on wielbi. później zalałam kawę. tanecznym krokiem. pod natłokiem wspomnień. czy już się nachnorujemy*, moje panie? czy już można spokojnie stukać klawiszami i popijać kawę spływającą tak rozkosznie w dół, przełykiem, aż do świata? teraz już nawet nie jest gorąca. chciałam pisać jak bardzo dobrze jest znaleźć się nagle w świecie ze swoich marzeń. w świecie, który malowało się sobie w myślach i w ramionach odkąd tylko żyje się świadomie. móc słuchać starego rocka. piosenek z którymi się utożsamiałam. o goryczy, samotności, beznadziei życia bez miłości. i już ich nie rozumieć. nie mieć pojęcia, jak to jest. po prostu nie wiedzieć. jestem małą jużniedesperatką, powoli układającej się w swojej niszy. osiadam jak pył na miseczce czaszki. jak rozpuszczalna multiwitamina na dnie szklanki. powoli zaczynam dopuszczać możliwość uwierzenia w to wszystko. i zapadam się w sobie. imploduję. ze szczęścia. i chcę dla niego jak najlepiej. i chcę mu oddać wszystko, wszystko co mam. chcę widzieć go szczęśliwym. ja yoan. nieprawdopodobność. niemożliwość zepchnięta w sferę egzystencji. bębny porcaro, toto tambu. gruby dostępny świat walący się na mnie kaskadami. pusto mi wokół ramion, na szyi mi pusto. jesteś zabawna, wiesz, asiu? tak tak, bez szydełkowania. bez szydełstw płoszę. potrzebny mi skecz o patafianach. rozpływam się w ustach. on rozpływa się w ustach. ja kwitnę. ludzie kwitnąw dziwny sposób. inaczej niż rośliny. co dzieje się z tobą, kiedy płaczesz? nie wiem, chyba się wyrzyguję. nie, ty po prostu wyrzygujesz. wszystko. oprócz siebie. oczyszczasz się jak krew głodującego. krążysz zapamiętale skrzyżowaniami synaps. możebnie. byćmożnie. byćnożnie narożnie. ...to ci przywiozę małpeczkę z podróży... nie, nie. lepiej przywieź mi śniadego. takiego silnego, pięknego, mądrego i dobrego. nie dopuść do tego, żebym zapomniała. żebym zapomniała o tym, jak dobrze jest żyć z kimś, tak prawdziwie, tak najpierwotniej. żebym nie zapomniała, że może być, jak jest teraz. żebym nie zapełniała luk. żebym nauczyła się czekać i kochać, kochać tak jak teraz. i on też, żeby pamiętał. żebyśmy mogli być sobą ze sobą po długiej przerwie,. i żebyśmy już tak zostali. bo dla niego warto się było. rodzić. każda chwila. kocham go, kiedy zamykają mi się oczy. oczy mam głodne. rzucają się na niego i targają linie jego twarzy. ślinią kreski policzków i dłutami paców cementują brwi, rzęsy, powieki. zapędzasz się młoda padawanko. wracaj, wracaj do swojego świata... tylko miłość może nas ocalić. od złego. od swiata. od legend krążących o życiu. samospełniających się przepowiedni naszych poprzedników. ona ocali nas od zguby. ja to wiem. wiem to już od dawna, poznałam po twoich oczach. nasza miłosć jest w stanie ocalić ziemię, ukoić gniew obcych cywilizacji. przede wszystkim jest ratunkiem dla mnie. gdybym wierzyła w boga, nazwałabym ją błogosławieństwem. teraz nazywam ją szczęściem. w takim znaczeniu słowa szczęście, którego nie da się już zrobić bardziej wymownym. słowem - najwymowniejszym szczęściem na świecie. tam tam tara. moje. moje moje moje. włosy i ramiona. drapiąca mnie broda. moje. moje moje ciało śniade. kocham cię tak bardzo, że wiem, że SIEBIE niszczę, teraz bez ciebie mnie nie będzie. mówisz, że będziesz mnie kochał w każdym zakątku świata, na każdym złym statku. zawsze tak samo. już zawsze. wtedy nic nie mówię. tulę się do ciebie jak tulec. zwyczajny tulec. ---------------------------- *nachnorować się: udawać się nach nora (pol. do nory; barłogu; pokoju w wynajmowanym mieszkaniu)
niedziela, 18 stycznia 2009
kryzysowatość?
jak czasami słabo mi się robi z pretensji do siebie samej. bo jak to tak - od jakiegoś czasu jestem niby zakochana i niby szczęśliwa i bla blabla. ale skoro tak jest, dlaczego czuję jakby pętla zaciskala mi się na szyi? chyba powinnam sie cieszyć, że każdą wolną chwilę spędzam z marynarzem, a nie zastanawiać się, gdzie znaleźć czas dla siebie w ilosciach, do których przywykłam i za którymi tęsknię. na dodatek zasiało się we mnie ziarnko paranoi. i dziwnych lotów na krawędzi płaczu. i chcę wiedzieć, jakimi konsekwencjami dla zdrowia grozi pływanie na tankowcu. i czy kiedy wróci, nadal będę go tak bardzo uwielbiała. i dlaczego to wszystko jest tak, że się rzucam ze skrajności w skrajność i chwilami czuję, że kocham go tak bardzo, że mogłabym dla niego zrobić wszystko, a chwilami patrzę na niego i myślę, żeby lepiej spadał, bo w gruncie rzeczy lepiej mi się żyło bez niego. przynajmniej miałam spokój ducha. skorupę, pancerz, który doskonale pełnił swoją funkcję. a teraz? co teraz ze mnie zostało? czy nie mogę już biec falochronem i krzyczeć: kocham cię życie? czy nie mogą już upijać się do nieprzytomności na plaży, sikać na środku ulic i kryczeć do przechodniów, że są wspaniałymi ludźmi? czy nie mogę śmiać się z ckliwych idiotów kłapiących dziobami na romantyczne tematy? jaka ja jestem durna. no durna, po prostu przedurna. w takich chwilach siebie nienawidzę. bo oto uczestniczę w czymś, o czym podświadomie marzyłam tyle czasu. mam obok siebie najwspanialszego, najpiękniejszego, najardziej błyskotliwego i przede wszystkim najzabawniejszego człowieka na ziemi. kiedy mnie przytula, czuję się jakbym była absolutnie bezpieczna. keidy na mnie patrzy, prawie wychodzę z siebie. kiedy budzę się w środku nocy i patrzę jak śpi, oddycha - nie mogę zrozumieć, jak to mogło przytrafić się właśnie mnie, cynicznej babie z kulką lodu zamiast ośrodku w mózgu o nazwie ciało migdałowate, odpowiedzialnego za odczuwanie emocji... ale cóż - przytrafiło się i muszę nauczyć się sobie z tym radzić. może i na to nie zasłużyłam. może to jakiś bonus od losu. może będę za to płaciła już za każdym razem, kiedy będzie wypływał... nie wiem. i nie dowiem się, póki dobry wujek czas, poczciwy chlor dworcowy, nie zdecyduje się odsłonić przede mną ciągu dalszego. tymczasem zabiorę się za niedzielne przedpołudnie. ochlapię się prysznicem, zejdę w dół po zimną kokakolę, napiszę swoją zacną recenzję długo wyglądaną przez pewnego profesora i obejrzę czerwonego smoka. chciałabym też może zrobić coś jeszcze, coś wymiernego i namacalnego, coś co pomoże mi wrócić na ścieżkę. chciałabym zrobić referat i prezentację na badziewiarskie organizacje morskie. wymyślić jakieś podłe gówno na współpracę regionalną i transgraniczną. eee - nie. nie nie nie. nie nie nie, nie to nie, mówię nie gdy myślę nie. ne. no. nein. niach. niaaaach. niaaaaaaaaaaaaach.
poniedziałek, 22 grudnia 2008
rrrrrrrrrrrr
wróciłam do wczoraj do domu rodzinnego, z rodzicami osobistymi, z tureckim dywanem i wymarzoną, wykrochmaloną pościelą na łóżku. wróciłam do najkochańszego, smierdzącego sznaucera szmajzera szarej szczoty szczeciniastej szui. dziś rano namalowałam kawę ze stopą. taką, jaką lubi Michał. dam mu, jak będzie wypływał, bo zawsze lepiej mieć akrylową kawę ze stopą niż nie mieć jej wcale. poza tym wyciągnęłam z szafy rozmówki hiszpańskie i sobie pogaduję tu i ówdzie. dobrze czasem spotkać przez przypadek jakiegoś ciekawego, mądrego, przystojnego i zabawnego człowieka, nawet, jeżeli jest trochę nienormalny :-) widziałam dzisiaj świetny film, Sztukę Latania (The Theory of Flight) reżyserii P. Greengrassa. piękny i mądry, który doskonale pokazuje, że wszyscy zostaliśmy zbudowani na bazie tej samej konstrukcji, i cierpliwie zrywając skorupę można dotrzeć do każdego. film mówi także o spełnianiu marzeń i prawdziwym życiu, które nie musi się składać z ulepszania świata ani dokonywania przełomów na skalę globalną. prawdziwe życie musi mieć znaczenie. dla nas, odartych z hipokryzji. chciałabym niezauważenie zwinąć ten film z domu, zabrać do Gdyni, pokazać dziewczynom i marynarzowi. warto dzielić się tym, co naprawdę dobre... do gdyni wrócę za tydzień. w międzyczasie będą święta. będę ja z rodziną. z tą częścią rodziny, która okazała się silniejsza. przetrwała. ryby pod różnymi postaciami. prezenty i dzielenie się opłatkiem. będzie "pasterka" w Lalkach. przeżywanie kaca. będzie nadzieja na najwspanialsze życie świata. będą wieczory spędzone w towarzystwie mojej najkochańszej Grażyny, bratniej duszy, dobrego zasrańca. będą rozmowy z najlepszymi rodzicami świata, przy najsmaczniejszej kawie pod słońcem (dużo, duuuużo smaczniejszej niż kawa ze stopą!). i znowu będzie mi coś drżało pod powłoką, jakaś sentymentalna, dawno wyparta część mnie zawsze daje o sobie znać w takich chwilach. najczęściej, kiedy przeglądam swoje rzeczy, stare zeszyty, pamięniki, wiersze i piosenki. keidy jestem wśród wszystkich tych rzeczy, które kiedyś mnie tworzyły. od których teraz jestem tak bardzo oddzielna. uniezależniona. a jednak grają na mnie jak na nagiej klawiaturze fortepianu. taka jestem prosta baba. ehh, jeszcze chwila i się rozkleję. a nie powinnam. bo teraz już jestem dorosła. teraz to ja się babram w glinie świata, to ja lepię, świat wypada spod moich rąk. to ja decyduję. kiedy pozwalam komuś wejść do swojego życia ze swiadomością nieodzewnej konieczności żegnania się z tym kimś chwilę później, powinno wychodzić na to, że to mój własny, odpowiedzialny, wyważony wybór. albo coś o wiele ważniejszego. na pewno przełom, jeżeli idzie o MOJE traktowanie wszystkiego. nigdy wcześniej nie przytrafiło mi się coś takiego, co dzieje się teraz. i z jednej strony jest mi po prostu fantastycznie. tak dobrze, tak, jak całe życie wydawało mi się, że powinno być. z drugiej strony czuję się kompletnie bezsilna. nie mam żadnego przewodnika, a jeszcze nigdy nie było mnie w takim labiryncie. się gubię się. ale ja tak bardzo lubię, tak bardzo uwielbiam uczyć się nowych rzeczy!! szkoda, że żaden śniady partyzant nie wpadnie do mnie dziś wieczorem.. idę na gipex. jak się nie ma co się lubi... :-)
środa, 10 grudnia 2008
jak dobrze wstać skoro świt...
...tak mniej więcej o 9.18. przecięgnąć się. wskoczyć w dresy. przebiec do sklepu celem dokonania zakupu paszy porannej (wiśniowej mannej). wykąpić się szuru buru. pofarbować włosy na kolor kasztanowy, acz czarnawy podejrzanie (bo czarne włosy to dobre, ładne włosy, tak mówi mój marynarz). zrobić hennę czarną równie (jako że grafitowa uległa zagubieniu w tunelu czasoprzestrzennym gdzieś pod moim łóżkiem). makijaż zrobić. kawy się napić i papierosa ze współlokatorką zapalić. po dziewczyńsku rozmawiać. paski wybielające na ryj przykleić. dobrze jest. za niedługo odkleję paski, ubiorę się jakoś i podążę na oksywie dolne celem poturbowania się psychicznie historią królów samuela, dawida i salomona. później zainfekuję urząd pocztowy swoją bladą osobą, płacącą rachunek za internet. później walnę swoje blade cielsko na świecące łóżko, żeby uczynić je odrobinę mniej bladym. odrobię pracę domową z kursu językowego, udam się na ów kurs i wrócę do domu z nadzieją na skręta jakiegoś poczciwego. a jutro, to już kompletnie inna historia... ja kocham, kocham, kocham studiować historię. uwielbiam. wykłady ze starożytnej, na których czuję, że żyję. atmosferę na filozofii, którą możnaby kroić nożem, która jest tak krępująca i tak słodka zarazem, a to wszystko za sprawą pewnego pana, mieszaniny nietzscheanisty z marksistą. uwielbiam te moje zajęcia przepastne. w których coś wciąż karze mi szukać. mieć nadzieję. i cały czas przyspiesza serce. bo to piękne. ciekawe. i dobre... i kocham to miasto nadmorskie, razem ze wszystkimi jego konsekwencjami. z marynarką wojenną rp. z portem jachtowym. z mężczyznami wypływającymi w świat, o którym nawet nie mogę powiedzieć z całą pewnością, że istnieje. i nasze mieszkanie. z żółtą kuchnią, z brązowym stołem, przy którym się siada, żeby zmieniać losy wszechświata. w której pije się kawę z olbrzymich kubków. śmieje się do rozpuku i zapada w melancholię. w której toczy się życie towarzyskie, kolorowe, pachnące. w której rozsypuje się tysiąc tabletek słodziku na podłodze, zapala się zimne ognie, waniliowe świeczki, leje się wosk, skręca blanty, gra w kalambury. słucha się tam sztandarowych piosenek agnieszki osieckiej, niech żyje bal, bo ja kocham cię życie. z której ucieka się później. albo daleko, do czarnego brzucha miasta, w którym tańczą bezstroscy studenci, albo do łóżka w niewielkim, ciepłym i pachnącym pokoju. i w ogóle kocham być studentką w gdyni. i żyć, żyć, żyć. żeby kiedyś pójść sobie w niebyt, który nie istnieje :-)
sobota, 29 listopada 2008
królowa czesława wpada w furię i snuje plany okrutnego unicestwienia winnego jej stanu męża
nie rozumiałam filozofii. nigdy nie mogłam pojąć, kiedy mówił do mnie. jedyną reakcją było sukcesywne rozszerzanie się źrenic. jedynym skutkiem historia dzikiego zbydlęcenia i połamania form. i tak oto ja czesława królowa asyrii królowa wielka królowa potężna królowa wszechświata niemająca równych sobie królowa czterech stron świata słońce wszystkich ludzi dzielna królowa wybrana przez enlina i aszura ta która depcze wszystkich swoich przeciwników która otwiera przejścia w wysokich górach odległych krain do których nikt wcześniej nie dotarł pani potężna która rozgniata swoich wrogów stopą która unicestwia swoich wrogów niszczy fortyfikacje wrogów która poskramia buntowników pobiera trybut i podatki z czterech stron świata bierze zakładników płaczę i wszystko to dla czegoś tak misternie uknutego, że nie mogłabym się nawet zezłościć. chcę poczuć nienawiść jeżącą włoski na dłoniach. chcę kląć, pluć. zacisnąć dłonie na toporze i zrobić porządek. wyrżnąć ludzkość w pień. zostawić tylko mnie i jego. i wtedy będzie musiał mnie pokochać. tyle, że nie nienawidzę. i że szkoda mi mojej królewskości. bez poddanych zamieniłabym się w zwykłą dziewkę. i to on dyktowałby mi warunki - jest większy i silniejszy ode mnie. dlatego tylko stoję i przeklinam, dumnie jak prawdziwa dama. albo udawana. miasto które ważyło się napaść na mój spokój i rzucić mi wyzwanie filozofie któryś ważył się napaść na mój spokój i rzucić mi wyzwanie niech twe cegły rozsypią się z powrotem w bezkształtną glinę niech staną się cegłami przeklętymi przez boga czesławę niech twe drzewa powrócą do lasów i staną się drzewami przeklętymi przez boga czesławę zamiast rzeźnych wołów - niech będą zabite twe kobiety zamiast rzeźnych owiec - niech będą wydane na rzeź twoje dzieci niech twoi biedacy będą zmuszeni topić swoje cenne dzieci filozofie niech twój pałac wzniesiony z weselem serca obróci się w posępną ruinę miejsca gdzie dokonywano obrzędy i rytuały niech lis z dzikich rumowisk zamiata ogonem wzdłuż kanałów spławnych dla twych łodzi niech nic nie rośnie prócz chwastów wzdłuż dróg wozowych niech nic nie rośnie prócz zawodzącej rośliny a przy żeglownych kanałach i przystaniach niech żadna istota ludzka nie chodzi lecz same dzikie kozły robactwo węże i skorpiony na twoich równinach gdzie rosły miłe sercu rośliny niech odtąd nic się nie rodzi poza trzciną łez. wtedy już stoję. sama płaczę. bo nienawiść jest jak głęboko śpiący niedźwiedź. raz obudzona nie daje się ujarzmić. a ja nie mam natury filozofa. wolę działać niż myśleć. bój się. jeśli miałeś czelność wyciągać łapy po nieskazitelną osobę królowej czesławy i wiedziałeś, że chcesz ją później cisnąć do rynsztoka. wypuścić niby niepostrzeżenie. udusić jej własnym łkaniem. zakneblować żalem. skazić skórę łzami. wtedy musisz się bać. bo bogowie są bardziej jak ludzie. a mają więcej możliwości. kochają partycypować w idei gorzkiej zemsty. chociaż wolałabym uczestniczyć w tobie. rosną jeziora oczu, powódź, powódź. potop globalny. przebiegunowanie tego, co nieprzebiegunowalne. katastrofa która nie odpuści grzechów. deszcz ognia nad sodomą i gomorą. gniew największy z możliwych i nieodwracalny. nie. jednak nie. jednak okażę się choć przez chwilę filozofem. od dzisiaj będziesz: wyrobnikiem, barbarzyńcą, kobietą. ha ha ha! <- (złowieszczy śmiech) koniec
|