Zakładki:
Alt.
Dużo ognia
Kfiiik
Kiedy jakby trochę zbyt smutno..
Love at first sting
Miejsca
Miszczunie
Podsłuchane
Prasa
Robaki
Różne takie
Strachy
Szablony
Vege :)
Że pisać
Że słuchać
Że słuchać
|
sobota, 20 marca 2010
eurodolar i do przodu
kiedy ma się wszystko duże: mózg duży, cycki duże, dupę dużą, ma się dużo trudniejsze zadanie do wyknonania. życie jest mniej gładkie i zdecydowanie mniej dosłowne.
co się z nami stanie, kiedy dostąpimy absolutnej amerykanizacji? jakie będą przyszłe pokolenia? ogłupiałe i infantylne? podzielone na dwie grupy wodzonych za nos obywateli? jednych żrących złote łuki 14 razy w tygodniu i mieszkających w galeriach handlowych i drugich łykających kilogramy witamin i zapinających się w pasy vibroaction podczas buszowania po superekskluzywnych salonach meblowych? czy będziemy umieli czytać? czy czeka nas podział świata na idiokratyczne 80% i 1/5 względnie ogarniętej mniejszości?
po cichu wierzę w człowieka. tylko to mi zostało. wierzę w jego nasycenie. w mechanizmy dążące do pełni. wierzę w zachłyśniętych dobrobytem ludzi, którzy poczują godniejszy głód. nasycą żołądki, szafy i portfele, obejrzą się dookoła i zaczną zadawać pytania. ponieważ po cichu wierzę w ocalenie. na przekór WSZYSTKIEMU.
chciałabym jeszcze dodać, że w całym tym jazgocie takzwanego postępu cywilizacyjnego nie miałabym nic przeciwko powstaniu magicznego, bezinwazyjnego środka na zmniejszenie rozmiarów cycków i dupy. ze zmniejszeniem mózgu uporam się sama ]:->
środa, 17 marca 2010
gra
na obecnym etapie mojego pseudointelektualnego rozwoju nie wierzę w nic co czytam. nie wierzę w nic, co słyszę. nie wierzę w nic co widzę ani nawet w to, jak reaguję na niezmierzone bodźce świata zewnętrznego. graweruję moje zbiory w mięsnych archiwach mózgu. kolekcjonuję informacje. syntezuję zasady. nie daję nikomu poznać, ze wiem. zakładam coraz kunsztowniejszą maskę erudycji, uśmiecham się, patrzę spod rzęs. być może gra, którą podejmuję, nie skończy się aż do chwili mojego zgonu.
wtorek, 09 marca 2010
joanna odkrywa własną misję
przymierzałam się do napisania błyskotliwej notki o głupocie i bezzasadności uzależnienia kupna tabletki antykoncepcyjnej-po od posiadania na nią recepty (która skądinąd może być wypisana nawet przez stomatologa), ale ostatecznie do tego nie dojdzie.
już wielu ludzi wystrzępiło sobie na tym język, a ja mam przemyślenia raczej standardowe. od kłapania dziobem nic się w tym kraju nie zmieni.
decyzje, które podejmujemy dotykają nie tylko nas osobiście, zwłaszcza jeżeli jesteśmy ważni i mocarni. wydaje mi się, że dzisiaj za mało ważnych i mocarnych ma w głowach choć odrobinę rozsądku. z dnia na dzień coraz bardziej przychylam się ku tezie, że jeśli JA, właśnie - konkretnie JA - nie wezmę spraw tego kraju w swoje ręce, to ni chu chu moi mili, nic dobrego się z niego nie wykluje.
czwartek, 04 marca 2010
I am I am
bo to jest tak, że raz się cieszę a raz się cieszę bardziej. od wczoraj cieszę się bardziej, cieszę się ekstatycznie i dostojnie, w zależności od temperatury na zewnątrz i kierunku podmuchów lodowatego wiatru, który kiedy nie wieje, nic nie robi.
cieszę się, bo oto zrobię rzecz piękną i rzecz ciekawą. i położyłam wczoraj pierwszy centymetr na swojej drodze do celu i każda chwila rozważań utwierdza mnie w przekonaniu, że jest to cel słuszny.
mój drugi w życiu licencjat każde mi zaangażowac się w badania terenowe i wypytywanie, wygrzebywanie, podniecającą szperaninę w ogrodach przeszłości. chcę oto napisać pracę o tym budzącym respekt zwierzęciu medycyny trzeciej rzeszy. o instytucjach i projektach. o makabrze i chłodnej kalkulacji. o miejscu akademii medycyny praktycznej w machinie nauki nazistowskiej. o pracownikach uczelni i glince kaolinowej, która sprawa że smalec ludzki nazywa się mydłem! chcę pisać z przejęciem. chcę przeżyć przygodę, radość i wspiąć się do najwyzszych pokładów satysfakcji. mojej najulubieńszej kochanicy.
zanim jednak rzecz się stanie - zaplanowałam restaurację ustroju przeradości. przecież życie w jakiejkolwiek innej formie organizacyjnej zawsze mogłoby być lepsze. tylko życie w przeradości jest już prawie takie, że lepsze być nie moze. życie zaś w przeradości z przemiłością w obrębie własnego gatunku jest już jednak szczytem szczytowania. i właśnie taki szczyt zdobywam jako pierwszy :-)
niedziela, 14 lutego 2010
światowy dzień czosnku
chce mi się płakać, tak bardzo śmierdzi czosnek.
mój Muflon przyniósł wczoraj wino od swojego dzidka, wino o smaku syropu przeciwkaszlowego, tak mocne, że dwie szklanki zabiły mnie, biedną, chorą i śmierdzącą czosnkiem, zwaliły mnie do parteru i przymknęły mi oczy, przyprószyły snem a Muflon, którego wino trzepnęło z opóźnieniem, robił ze mną rzeczy kwalifijkujące się pod odpowiednie paragrafy, bacząc na to, że byłam nietomna.
czosnek w każdym razie robi fujną woń. budziłam się w nocy od waniania własnego oddechu. zły czosnek smaczny cuchnie. ale postawił mnie na nogi: czosnek, miód, cytryna i maliny. dobrze jest się wyleczyć. źle jest cuchnąć, śpiąc z Muflonem. Muflon nadal w zaparte, że mnie kocha najbardziej najmocniej. chorą i śmierdzącą.
kocham cię Muflonie!
piątek, 12 lutego 2010
ssessja ssie
piszę to z perspektywy żuczka-maluczka siedzącego przy kawie tuż przed egzaminem z historii nowożytnej.
nie chce mi się uczyć przepowierzchownie miliarda rzeczy, o których zapomnę w 90% przed końcem przyszłego tygodnia. nie lubię czasów dziadostw polskich, wojenek, demokracji szlacheckiej i grubych królów w pstrokatych łachach. chcę to dzisiaj zdać nie-do-końca-nauczona i ze spokojem oddać się aktywności w klubie fitness, spożywać smakowite trunki i oglądać rzeźby lodowe na bulwarze nadmorskim.
ot co kuźwa. i niech mi ktoś spróbuje popsuć plany, a odetnę mu głowę i napcham notatek z nowożytnej do szyi. nie żartuję.
czwartek, 05 listopada 2009
kontroptymizm
gdynia. zimę czuć w powietrzu, chociaż kalendarz upiera się przy swojej nieubłaganej, biurokratycznej logice. tylko krowa nie zmienia poglądów, panie kalendarzu! jest zima i im szybciej się pan z tym pogodzi, tym lepiej. dla pana i mnie. zima jest dobra. twarze różowieją i oczy błyszczą mocniej. żyje się tą ciepłą nadzieją na wiosnę, ma się milion rzeczy do roboty i wierzy się w siebie, i chce się działać, i chce się spać i rośnie duma, kiedy się złudną chęć przezwyciężyć uda. chociaż nie uciekając się do hipokryzji: społeczeństwa wolne, żyjące w dobrobycie, prowadzą politykę pokojową. nie chce mu się walczyć. przelewać krwi, podbijać, łupić. jest dobrze i pięknie, wygodnie, po prostu. cywilizacja europejska umiera. bo kobiety nie chcą rodzić, a mężczyźni walczyć. starość wkrada się falami, po cichu, ale nieubłaganie. skostnienie rozlewa się po prężnym, płodnym organizmie. podobnie rzeczy mają się na moim froncie. mam ciepełko. miłość. studia. pracę... mam życiową stagnację i po raz pierwszy tę przerażającą obawę przed nihil novi. przed wiecznym powtarzaniem tych samych rytuałów, chociaż są dobre i przyjemne. przed niemą zgodą na wszystko, czego doświadczam. przed ostatecznym ustatecznieniem. przed wyczerpaniem się inwencji i uschnięciem na podobieństwo ludzi.
mam jesienną melancholię i łatwo wyprowadzić mnie z równowagi. zrobiłam się drażliwa, zarozumiała i niemiła. na dodatek nie potrafię zaproponować nic w zamian na miejsce struktur, które usilnie staram się zniszczyć. stałam się raczej niefajnym człowiekiem.
być może są konwencje, w których nie mogę się odnaleźć i być może przejściowo poddaję w wątpliwość sens mozolnego próbowania. z dorosłością mi nie do twarzy.
udowadniając samej sobie, że nie jestem zabobonną niewiastą ze wschodu wstaję i mówię: być może powinnam czegoś szukać. bo kiedy mam wszystko, czego chciałam, a w zasadzie kiedy nie mam BRAKU, zamieram i dziadzieję, oniemiała, średnia, bezjajeczna.
sobota, 30 maja 2009
o zwierzętach
szczurzyca przeskoczyła zgrabnie z kroniki thietmara na historię powszechną średniowiecza tadeusza menteuffela. później zainteresowała się tekturowym pudełkiem z biżuterią stojącym pod biurkiem. przegrzebawszy się starannie przez jego zawartość, postanowiła przekonać się organoleptycznie, czym w istocie są drewniane koraliki na gumce. przegryzła kilka z nich i wróciła do klatki załatwić szczurze potrzeby i napić się wody. joanna tymczasem zastanawiała się, co zrobić i jak to zrobić. najłatwiej było zastosować zasadę prostych linii. żeby mieć pracę zaliczeniową najprostszym sposobem zdawało się po prostu napisanie jej. do napisania pracy potrzebna była znajomość źródeł, opracowań, zamysł, treść i forma. Jak na razie brakowało jej wszystkiego. zamknęła klatkę za szczurzycą i wróciła do fragmentów kroniki opisujących dzielnego bolesława, księcia i króla państwa polan. - zaraz się porzygam - pomyślała. - zawsze to samo. zawsze na ostatnią chwilę. jak zając ścigający się z żółwiem...
środa, 27 maja 2009
kupa g*wna
Dziś dies Mercurii, ante diem sextum Kalendas, a ja od trzech dni połowicznie wyżej wykształcona przy wyniku dobrym plus nie mogę porozumieć się z moją lepszą połową, bo pewien idiota, śmierdzący i złośliwy, stara się mojego Przenajlepszego zaharować na śmierć. po dwóch dobach przepracowanych jak w Auschwitz, mój drogi marynarz statek opuścił i na piwo i mecz do Los Angeles się udał. Mam nadzieję, że odpocznie i zrelaksuje się zanim ten fanatyczny kutafon wymyśli nowy sposób na utrudnienie mu życia. ja dla odmiany obserwowałam ludzi. moja nowa praca zasadniczo opiera się na obserwacji. wynikiem tej obserwacji ma być oddzielenie ziarna od plew, tj. uczciwych konsumenckich żuczków od nieuczciwego złodziejskiego nasienia. niestety nie nadstawiam kołnierza i nie mówię do rękawa. ale mam nadzieję bawić się dobrze. jak nie pracuję, to tęsknię, jak tęsknię, to płaczę, nachodzą mnie wątpliwości i w ogóle nastroje histeryczne. niech już w końcu wróci, bo dostanę świra. chociaż na profilaktykę może jest już za późno.
piątek, 22 maja 2009
przeszła wojna wstaje trawa
za trzy dni obronaaaa, będę wykształconaaaa :-)
i nic się nie zmieni. nie może się zmienić. mimo tego, że siostra Ratched zwalnia bieg czasu tym bardziej, im dłuższa część rozłąki za nami :-) dziś w rozmowie na znienawidzonym (błogosławionym) gadu gadu, mój Przenajlepszy zauważył, że odległość czyni z miłością to, co wiatr robi z ogniem. nie mówię, że nie :-) są takie rzeczy, które trzeba przeżyć na własnej skórze, żeby uwierzyć. i to co mam dzięki Przenajlepszemu jest właśnie jedną z nich. uwielbiam rewolucje.
wczoraj była burza i to burza porządna, a my na plaży w tej burzy, częściowo obronieni, częściowo stęsknieni, pakietowo upici i grupowo szczęśliwi. było super, bo plaża jest super, bo morze jest super, i burza jest super i ludzie też.
moja szczurzyca o imieniu Bigos właśnie zwiedza okolice gitary. mogłabym ją obserwować godzinami, gdyby nie to, że mam jeszcze kilka rzeczy do zrobienia. nauka nauka nauka. nauka to potęgi klucz. akurat. w moim przypadku skończy się to zapewne potęgą własnej satysfakcji. bo na co komu dziś (...)? i to wspaniale :-) wspaniale.
ostatnimi czasy podciągnęłam się trochę z geografii. za sprawą mojego mężczyzny marynarza, strefy czasowe na trasie z zachodzniego wybrzeża usów do zatoki perskiej nie mają już dla mnie tajemnic, podobnie jak lokalizacja kilku większych portów i cieśnin, położenie Somalii (przeklęte bandziory!) i takichtam okolicznych. Gdybym wierzyła w Boga, modliłabym się w intencji Chile. Ale w związku z faktycznymi okolicznosciami, po prostu codziennie wyobrażam sobie jakiś późnoczerwcowy dzień, kiedy M. wysiądzie w Valparaiso i bezpiecznie przyleci do Gdańska :-)
w takim razie wróćmy do paleografii. przed naukami pomocniczymi historii nie ucieknę... :-)
|